Wiecznie Potępieni (cz1) Przyjaciel
22MAR
Katrina wyszła na zakupy po sukienkę którą widziała w sklepie na wystawie Szał Lat osiemdziesiątych, krótka z koronkowymi detalami i grubym gumowym paskiem. Czerń tej sukni doskonale pasował do jej bladej karnacji, w końcu po dłuższym zastanowieniu wydała ostatnie kieszonkowe. Nie była typem milutkiej dziewczyny, zawsze doskonale wiedziała czego chce, nie miała kumpli, zwierzątka, nawet prawdziwych rodziców, ale jednak kochała ich za to że wzieli ją z domu dziecka. Uwielbiała przychodzić nad urwisko z którego widziała zachodzące słońce, czuła że wznosi się ponad chmury gdy chowało się za horyzont morza, wtedy odbicie sprawiało jakby blask słońca które dopiero wschodzi. w pułapce swych myśli siadła tam na kamieniu i rozpoczęła nucić piosenkę z dzieciństwa:
,, Gdy zachodzi światła cień-zasypiam,
Nie boję się, bo jesteś tu i chronisz mnie.
Twój oddech jest zimny, lecz mój cie ogrzewa.
Kim jesteś? Kim jestem?
Znajdę odpowiedź … w śnie.
Razem zwyciężymy wszystko”
Wstała i zamknęła oczy, z przymrużonych powiek spłynęła łza. Nie wiedziała dlaczego tak ta piosenka ją wzruszyła, krople przeistoczyły się w głośne łkanie. Upadła na kolana i wpatrzyła w fale uderzające w skały. Zastanawiała się porządnie kiedy z jej ust wydobył prawdziwy i szczery uśmiech, gwałtownie powstała, czuła że zaraz zasłabnie, chciała oprzeć rękę o gałąź, ale gdy tylko to zrobiła- złamała się, machała rękami jak szalona by tylko utrzymać równowagę. Czuła jak strach nią szturcha, nagle ktoś ją pociągnął by nie wpadła, obejrzała dokładnie okolice lecz zza drzew nikogo nie widziała, pomyślała że to tylko urojenie i ponownie siadła na twardym kamieniu. Z kieszeni wyjęła swojego i-phona na którym tylko i wyłącznie słuchała muzyki, założyła więc słuchawki, zjechała z kamienia, pod głowę podłożyła bluzę i usypiała w głębokim zapomnieniu. Mijały godziny, a Katrina dalej z pustką w oczach leżała patrząc na księżyc i gwiazdy, tylko słyszała smęty w słuchawkach i szum ciepłego wiatru. Leniwie zerkła na godzinę : 11:38, tak była obolała i zdołowana, że wstając coś szeptała i zanuciła:
,,Gdy zachodzi światła cień…nananana
Nie boję się…Oddech zimny…nananana”
Otworzyła swój chlebak, wyjęła kromki i delikatnie odchyliła połówkę by zobaczyć z czym ma. Na szczęście w środku była wędlina i ser, uwielbiała tą kombinację. Nalała sobie z termosu ciepłej czekolady i powoli się rozgrzewała. Ciszę jej przerwało wycie wilków i piski jakby szczeniąt, zza drzewa wyszedł obolały wilk, był bardzo wielki i czarny, oczy jak dwa sreberka świeciły odbite od księżyca. Dziewczyna nie wiedziała co ma robić, przed nią stało dzikie zwierze, w każdym momencie mógłby ją dopaść i zagryźć. Ale jej serce skaleczone od męk jakich przeżyła, nakazywało pomóc i ryzykować. Wkońcu i tak musiałaby obok zwierzaka przejść, więc bardzo powoli, kroczek po kroczku zbliżała się, wilk warczał i wystawiał jak na wilka bardzo długie kły. Bardziej wielkością podobny był do niedźwiedzia, jej to nie przeszkadzało, chciała zaszaleć i powiedziała do wilka:
-He, skoro człowiek człowiekowi wilkiem, to wilk dla człowieka kim jest?(stukła się w głowę) jaka ja głupia, przecież on tego nie zrozumie.
Dalej podchodziła i w pewnym momencie napadł ją strach , kiedy spojrzała mu prosto w oczy i w źrenice które zmniejszały swą wielkość gdy dawała jeden krok do przodu, cofła się i potknęła o kamień uderzając przy tym mocno o brzeg urwiska, traciła przytomność. Po paru minutach ocknęła się, a nad nią piszczał wilk, ona gwałtownie wędrowała do tyłu zapominając że z tyłu jest tylko przepaść, prawie zrobiła fikołka w tamtą stronę lecz wilk złapał ją zębiskami za buta i ciągnął w swoją stronę, w końcu uratował ją. Dziewczyna wyciągnęła dłoń w jego stronę, śledząc przy tym jego reakcje, ale zwierze polizało jej rękę i zrobiło smutne oczka, wpadła na pomysł, że po prostu weźmie go do domu. Po drodze drobiła kanapki by jakoś go zachęcić, ku zdziwieniu szedł. Dotarli, Katrina zadzwoniła do drzwi domu, klamka powoli się uchylała, a zza nich matka dziewczyny. Ojciec był jeszcze w pracy, więc zza siebie wyłoniła zwierze. Matka przymknęła gwałtownie drzwi i wrzasnęła:
- Idź mi z tym potworem! Jeszcze ci coś zrobi! Albo wchodź szybko i go zostaw, to sobie pójdzie!
- Ale mamo no, jest ranny. To co że wielki jak niedźwiedź (popatrzyła na zwierza), pozwól mi go zatrzymać, umiem się opiekować (prosząc).
Matka kiwała przecząco głową:
- Nie o to chodzi, ale to jest dzikie zwierze i mogą odezwać się jego instynkty. Katrino…
Dziewczyna spróbowała ponownie:
Proszę…Mamo (przymrużyła oczy).
- Nie to Nie!
Matka chciała trzasnąć drzwiami, ale Katrina włożyła nogę między szczelinę i wkurzyła się:
- Ile będą ci to Kurwa powtarzać, że nie jestem twoją córką i nie będzie mi dyrygować byle kto! Chce mieć zwierzątko! I będę je mieć, bo nie mam nikogo! (furiatycznie).
Rodzic kazał jej zaczekać 10min. Więc dziewczyna posłusznie odwróciła się i klapła na drewnianej ławeczce . Bawiła się kawałkiem trawy, który przyczepiła go do sznureczków bluzy. Czas minął, matka wyszła na dwór i siadła obok córki:
-Nie chciałam na ciebie krzyczeć, po prostu przestraszyłam się wilka… Możesz sobie go zatrzymać, ale uważaj to jednak dzikie zwierzę, nie chciałabym aby zrobił ci krzywdę.
Katrina podskoczyła z radości, wycałowała matkę i zawołała wilka, ten również siadnął obok nich. Było już późno, więc dziewczyna weszła z nim do domu, skubaniec grzbietem sięgał jej do klamki i przygotowała opatrunki. Delikatnie odkaziła rany, przyłożyła gazę i wyciągnęła z szyi wilka długi kieł, otworzyły się jej oczy szerzej niż zwykle. Zęba wrzuciła do słoika, a rany zabandażowała. W końcu zmęczenie dało znaki, pościeliła łóżko, przebrała ciuchy na lekką piżamę. Odwróciła się w bok i popatrzyła na wilka i szepnęła w jego stronę:
-Teraz ty jesteś moim przyjacielem, bo do tej pory przyjaciółmi było słońce, gwiazdy i księżyc. Dziękuję, że mam w końcu coś co mnie wysłucha. Dobranoc wilczku…
Wilk przekrzywił łebek lekko w prawo i zaskamlał, a następnie usnął wraz z Katriną.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz